zyznowski.pl - wydawnictwo i księgarnia online

Kilkuletni Wacuś, najmłodszy w rodzinie, znał widok wszystkich małych i większych przedmiotów z dwupokojowego mieszkania w bloku, gdzie mieszkał. Zazwyczaj wiele razy dziennie mijał stojącą w rogu dużego pokoju za drzwiami politurowaną jasnym orzechem szafkę o szybach wchodzących jedna za drugą. Z jej trzech półek w dwie niższe tata Wacusia powciskał na stojąco i na leżąco, jakby na stałe, stare i nowe encyklopedie, słowniki, obwolutowane albumy, w tym jeden z lekka erotyczny, Biblie różnych tłumaczeń i formatów, konkordancję biblijną, zbiory przysłów polskich, atlasy – łącznie z największym, ważącym około siedmiu kilogramów, i kilka innych, dziwniejszych książek. Chłopiec mógł je stamtąd wyciągać do woli, ale nie wolno mu było ich niszczyć. Przewracając stronice, przyglądał się fragmentom tekstu niczym obrazkom jednostajnie gęstym od małych, czarnych znaczków. Patrzył na nie z podobną uwagą – zarówno zanim nauczył się czytać, jak i później. Nie pomijał ich podczas wyszukiwania ilustracji, które przyciągały jego uwagę może tylko trochę bardziej. Przeglądał zadrukowane stronice, a wyrazy stawały się dla niego zrozumiałe w miarę, jak uczył się czytać. Ale sensy tworzone przez ciągi wyrazów go nie interesowały, bo były dla niego za trudne.

Mama dość często zostawiała go samego w mieszkaniu, w dużym pokoju z oknem wychodzącym na południe, skąd bez naglącej potrzeby nie chciał wychodzić do drugiej, zawsze ciemniejszej części mieszkania. Kiedy już przejrzał wszystkie rzeczy, którymi wolno mu było się bawić bądź nie, i napatrzył się przez okno, sięgał do biblioteczki po którąś z książek. Było ich tam niecałe sto. Dobrych kilka lat później policzył je dokładnie, żeby się pochwalić przed kolegami i koleżankami w podstawówce. Nie mógł skłamać, bo bywał u niego w domu Krzysiek, kolega z klasy, mieszkający w tym samym bloku, o trzy klatki dalej. Mało kto z klasy miał w domu pokaźniejszą bibliotekę. Ale gdy był jeszcze kilkulatkiem, bliższym pięciu niż dziesięciu lat, interesowała go nie tyle liczba książek, ile przewracanie ich stronic. Zatrzymując oczy na pojedynczych słowach, bez przesuwania wzroku dalej po linijce, Wacuś doznawał mocy łatwych do skopiowania liter otwierających całe światy. Kiedy już się nauczył całkiem dobrze czytać, nieraz jeszcze przeglądał przypadkowe książki, ale coraz częściej wertował encyklopedię, tym razem już czytając króciutkie hasła. Wszystkie wyrazy, które znał, podzieliły mu się bezwiednie na wymagające i niewymagające wyjaśnienia. Nie zdawał sobie sprawy, jak ten podział wpłynie na jego życie. Na przykład doczytał w encyklopedii, gdzie leży Afryka, ale nie dowiedział się z niej, co znaczy słowo „znaczy”. Przemieszały mu się w głowie słowa i rzeczy, raz utożsamiał jedne z drugimi, innym razem nie.

Pierwszy dzień w szkole włączył Wacusia w masę hałaśliwą na korytarzach, a cichą w klasie. Nieumiejąca czytać ni pisać większość pierwszaków wypychała go na obrzeża nurtu klasowego. Litery w zeszytach i w elementarzu były za duże i rozjeżdżały się, nie tak jak w normalnych książkach. Od razu dobrał się z pierwszym lepszym koleżką szkolnym Markiem w dwuosobową paczkę, przede wszystkim dlatego, że ten mieszkał zaraz przy drodze do szkoły i na parterze blokowej klatki schodowej. Nachuliganili, jak umieli i mogli, po czym wyrabiająca sobie zdanie o uczniach na następne osiem lat wychowawczyni wezwała mamę Wacusia do szkoły. Podczas rozmowy toczonej w klasie po lekcjach nawet słuchał, o czym rozmawiały obie kobiety, ale nie dawał się złapać, uciekając po ławkach zwinnie niczym żbik. Podjęto decyzję o rozdzieleniu Wacusia z Markiem i przeniesiono go na kolejne półrocze z klasy 1c do 1a.
Wiesław Żyznowski

Przeczytaj pierwszą część:

Z książką u nogi

Koszyk
Brak produktów w koszyku!
0