zyznowski.pl - wydawnictwo i księgarnia online

Występująca w Izraelu cywilizacyjna mieszanka Zachodu i Bliskiego Wschodu ma swoje zalety. Nowoczesna infrastruktura i lekki bałagan organizacyjny. Powszechny angielski i placki jak najbardziej arabskie. Taksówkarze jeżdżący na zegar i na umowę. Powszechna uprzejmość w miejscach publicznych i bezpośredniość w kontaktach między ludźmi. Ogólnodostępne urządzenia do ćwiczeń fitness na świeżym powietrzu i piękne dwudziestolatki jadące do domu z karabinem wojskowym na ramieniu i ostrą amunicją w plecaku.

Ciągle nie mogę się pogodzić z nieistnieniem Polski, Polaków i polskości we wszystkich liczących się obszarach Izraela. Żona przedwojennego wieliczanina Natana Kleinbergera, Hela, powiedziała Uli i mnie: „Jesteście bardziej Żydami niż sami Żydzi”. Jak na bardzo złe okołowojenne wspomnienia przeważającej większości dawnych emigrantów żydowskich, które przywieźli z Polski, być może to nienajgorsza zapłata dla Polski – nieistnienie. Po przyjeździe do Palestyny, czy później – do Izraela, polscy Żydzi gremialnie odcinali się od polskości. Obecnie awersja do Polski osłabła, ale już za późno na jej jakiekolwiek zaistnienie. Spośród kilkudziesięciu osób urodzonych w Izraelu z emigrantów z Polski – inaczej spośród „drugiego pokolenia” urodzonego z „pierwszego pokolenia” – które poznaliśmy lub o których słyszeliśmy, dwie osoby mówią po polsku nieźle, ale nie w pełni, a reszta nie umie powiedzieć prawie nic. Jedną z tej dwójki jest Lili Haber, redaktorka wydawanych w Tel Avivie po hebrajsku „Nowin Krakowskich”. Powiedziała nam: „Tu nikt już dziś nie mówi, ani tym bardziej nie czyta po polsku. Zbieranych pieczołowicie przez pierwsze pokolenie książek polskich nikt nie chce wziąć za darmo, odkąd kilka lat temu zamknięto bibliotekę polską po śmierci jej właściciela”. Całe przebogate dziedzictwo polskości i polszczyzny sprowadziło się u „drugiego pokolenia” do pamiętania kilku zwrotów: „Jak się masz”, „Zostaw to”, „Chodź do domu”. Nie widzę u tych ludzi, należących do „drugiego pokolenia”, dużego żalu po utraconych korzyściach bycia dwu- lub nawet trój- kulturowymi. Mowa o kulturach, w których wychowano ich rodziców – polskiej i żydowskiej europejskiej, oraz ich samych – żydowskiej izraelskiej. Nie widzę u nich przesadnego smutku śródziemnomorskich tropików odciętych od korzeni rodziców tylko dlatego, że ich jeszcze słabo poznałem.

Pytanie o polszczyznę wnuków żydowskich emigrantów z Polski, to jest przedstawicieli „trzeciego pokolenia”, brzmi niedorzecznie i nie na miejscu. Owszem, zdarzają się utrzymywanie więzi i regularne spotkania pośród „trzeciego pokolenia” po emigrantach pochodzących z jednej miejscowości, na przykład z Końskich, ale nie o polskość w nich chodzi. W Instytucie Polskim w Tel Avivie potomkowie Żydów polskich słuchają wykładów po angielsku. Znający się jeszcze z czasów młodzieńczych w Wieliczce Żydzi rozmawiają obecnie po hebrajsku. Jeden taksówkarz pochodzenia greckiego nie słyszał o Polsce, inny, choć urodzony w Polsce, mówi bardzo łamaną polszczyzną. Córka żyjącego emigranta z Polski, który służył w armii Izraela, mówi, że nie może dostać obywatelstwa polskiego – nie wiedzieć dlaczego władze polskie karzą potomków swych dawnych obywateli (a może mszczą się) do któregoś pokolenia. Skądinąd nie przeszkadza im, że znaczną część współczesnej gospodarki polskiej opanowały dzieci i wnuki pokolenia Niemców odpowiedzialnego za ostatnią wojnę i Holokaust, zaznaczmy, pokolenia odpowiedzialnego niemal w całości, nie w jakiejś nieznacznej nazistowskiej części. Może owa córka emigranta nie dowiedziała się wszystkiego dokładnie, ale z drugiej strony władze polskie jej tego nie ułatwiły. Serce się kraje nad marnotrawieniem potencjału polskiego przez Polskę.

Uprzejmość, gościnność i serdeczność Żydów urodzonych w Polsce i ich dzieci urodzonych w Izraelu wydają się bardzo polskie i przedwojenne (a może bardziej: podobne do tych pochodzących z przedwojennej Polski). Jako urodzony zaledwie 19 lat po zakończeniu wojny, dobrze pamiętam maniery i zwyczaje inteligentnych ludzi urodzonych na długo przed wojną.  Odczuwam to w Izraelu: asystowanie przy czynnościach, które mogą sprawić trudność obcokrajowcowi. Taktowne smsy z zapytaniem, czy wszystko dobrze. O wiele dłuższe od zdawkowych maile przesyłane po spotkaniu. Wielopoziomowe zapraszanie – od kawy w kawiarni po „pełno-rodzinne” przyjęcie w domu. Przemyślane prezenty. Swobodne i chciane przechodzenie w rozmowie od banału do kwestii egzystencjalnych. Przyjmowanie w domu domowymi wypiekami. Zaprzyjaźniliśmy się z niejedną osobą w Izraelu, w naszym przypadku – to największa ilość osób za granicą marnotrawnej Polski.

W tak młodym państwie jak Izrael nachodzą mnie myśli o państwie jako takim. Jest w nowym państwie coś z parweniusza (którym osobiste bycie znam z autopsji). Jeszcze niedawno go nie było, a teraz się rządzi, ruguje autochtonów, rozpycha granice, wojuje z sąsiadami, narzuca nieużywany od dawna język, od nowoprzybyłych ludzi wymaga daniny krwi, nie docenia ocalenia z Holocaustu swych nowych obywateli, pozwala im zachowywać się tak, jak gdyby byli tu zawsze, wymaga od każdego poświęcenia kilku lat na służbę wojskową. Miewam podobne odczucia względem Stanów Zjednoczonych, które wzrosły na niedoli niewolników i zgubie Indian. Każde państwo to z moralnego punktu widzenia niedużo więcej niż jego prawa pojmowane na sposób Trazymacha, to jest jako wyraz interesów rządzących (którymi w demokracji jest większość). W Izraelu widzę to wyraźniej niż gdzie indziej. Gdyby nie interesy (skądinąd słuszne) kilkumilionowego narodu, nie zaistniałyby ani to państwo, ani wszelkie zmiany, jakie przyniosło i pociągnęło. Zrealizowano skutecznie potężny, fascynujący, groźny projekt ze względu na kilka milionów ludzi dążących do bycia w pełni sobą i u siebie.

Nowe państwa obnażają bardziej od starych swoje zaczątki, które chyba zawsze powstają na niedoli innych. Bardziej pokazują egoizm jednych względem drugich i zło konieczne do budowania sfery ogólnej. Nowe państwa pokazują wyraźnie brak powagi świata ludzkiego, zmuszając ludzi do robienia głupich rzeczy tak intensywnie, że wchodzi im to w krew. Uczą tym samym doceniania ciągłości trwania wszelkich rzeczy, czy to pochodzących od ludzi czy naturalnych. Najważniejszy swój cel – przetrwanie – państwo realizuje kosztem ciągłego przerywania trwania tego, w czym się panoszy. Żeby przetrwać, państwo może bez skrupułów zniszczyć wszystko to, co jest w stanie. Potwór Lewiatan łatwo odsłania to, czym jest, dlatego pozwala człowiekowi dostrzec wyraźniej, o co ma się troszczyć, to jest ciągłość tego, co jest. Te potwory, im młodsze, tym bardziej niszczą to, o co w życiu człowieka powinno chodzić chyba najbardziej, o trwanie i ciągłość życia, rodzin, języka, kultury, tradycji, przekazu, domów w sensie duchowym i materialnym, tkanki wiejskiej i miejskiej, widoków, krajobrazu, wszelkich wcześniejszych granic, zasad, ustaleń. Robi się ze mnie na starsze lata zatwardziały konserwatysta. Platon we mnie wszedł  i pewnie już nie wyjdzie.

Najciekawsze w Izraelu były rozmowy z ciągle żyjącymi emigrantami z Polski. Zasługują one na osobne potraktowanie, za które się niebawem wezmę.

Wiesław Żyznowski

Koszyk
Brak produktów w koszyku!
0