zyznowski.pl - wydawnictwo i księgarnia online

Henryk Kozubski zaprosił mnie i moją żonę na swoje 98. urodziny. O godz. 16-tej msza u św. Klemensa, o 17-tej przyjęcie w jego domu, oddalonego od kościoła parafialnego nie więcej niż 250 metrów. Kilkanaście stopni mrozu.  Siostra zakonna krzątająca się koło wejścia do nawy bocznej zagadnęła: – Ksiądz  prosi do przodu.  Ujrzeliśmy pana Henryka przycupniętego skromnie na pierwszym siedzisku niższego poziomu stalli stojącej po prawej stronie, ubranego w ciemny garnitur i kożuch. Spostrzegł nas, wstał i podszedł nieco chwiejącym się, sprężystym krokiem. – Pani Krzeczkowska nie przyszła? – zapytał. – Musiała wyjechać z Krakowa. – Ach, rozumiem, czekamy , bo ma przyjść więcej ludzi – dodał.

Przyszło kilkanaście osób. Wyszedł ksiądz i zaczęło się nabożeństwo w intencji jubilata dostojnego wiekiem. Rzadko jest okazja, by w tym kościele siedzieć tak blisko ołtarza, tchnie stamtąd wiekową formą miejsca i celebracji. Po zakończeniu pan Henryk podniósł się pierwszy, by pójść za księdzem do zakrystii, wrócił prędko. Zebraliśmy się do zdjęcia zbiorowego, jeden z gości zrobił fotkę, ale na powtórkę nie było czasu, bo wyłączono większość świateł. Po wyjściu, pan Henryk pytał wszystkich, kto się z kim zabierze. Niektórzy zdecydowali, że pójdą pieszo.

Jubilat mieszka w dużym domu, w którym idąc od wejścia amfiladą w jedną stronę, wychodzi się z drugiej.  W pierwszym pokoju właściciel nie grzeje. To tam goście zdjęli płaszcze i zdążyli złożyć panu Henrykowi życzenia, wręczyć prezenty. W drugim pokoju starszy pan zwykł oglądać TV w fotelu, przed którym stoi mały grzejnik elektryczny, temperatura plus kilkanaście stopni; tam podano wódkę i zakąskę. Gospodarz przemykał to tu, to tam, wreszcie przyszedł i przedstawił wszystkich po kolei, potem zaprezentował album z reprodukcjami wybranych akwarel jego autorstwa. Otwarto podwójne drzwi i zaproszono wszystkich do stołu z dostawką, przygotowanego na ponad 20 osób. Do fotografii zbiorowej zebrali się wszyscy, 23 osoby. Gośćmi okazuje się inteligencja starego chowu, rozmowa o różnicach terytorialnych i mentalnych między Polską a Litwą klei się, ociera się bez wysiłku o idee, nieco zahacza o ludzi, ale tylko znanych,  jakoś naturalnie nie schodzi niżej. Jubilat zabawia towarzystwo, opowiada anegdoty sprzed wojny, śpiewa, popija wódkę, je wszystko, kawałek sernika po torcie: – Proszę  bardzo. Wszędzie go pełno, ciągle wychodzi najwidoczniej by doglądnąć, czy wszystko idzie dobrze. Aparatu słuchowego nie chce nosić, trzeba podnosić głos, by usłyszał. Zięć pana Henryka grą na gitarze podrywa wszystkich do śpiewu przedwojennych pieśni harcerskich i kolęd.  Ludzie zacierają ręce z zimna. – Jak na niego, to tu dziś gorąco – uśmiecha się mój sąsiad.

Zrobiłem dużo zdjęć, z których cztery wysłałem na zebrane adresy e-mailowe tego samego wieczora. Na pożegnanie gospodarz szarmancko odprowadza nas do wyjścia, całuje się z żoną, ściska ze mną.- Panie Henryku, damy się zaprosić na następne urodziny – mówię mu głośno do ucha bez wdzięczenia się. Ale on ledwo potakuje, nie zaprasza z góry. Wychodzimy na mróz.

Wiesław Żyznowski

Koszyk
Brak produktów w koszyku!
0