zyznowski.pl - wydawnictwo i księgarnia online

Nie zamierzam wypisywać ku (swojej) pamięci tego, co mi się przydarzyło w mijającym właśnie roku, czy w mijającej dekadzie. Wiele z tego odnajdę gdzie indziej w razie potrzeby. Zostają tysiące maili, które otrzymałem i napisałem, tysiące notatek rozrzuconych po folderach na dyskach komputerowych, po corocznych kalendarzach, po marginesach książek, do których zaglądałem. Na tychże dyskach i na tradycyjnych negatywach zostają tysiące zdjęć, które zrobiłem i setki tych, na których wystąpiłem. Zostaje kilkadziesiąt nakręconych domowym sposobem kaset video. Zostaje praca magisterska z filozofii i indeks z ocenami, który do niej doprowadził. Zostają gotowe teksty, czy to te, które zamieściłem na stronie internetowej, czy w książkach, które wydałem, czy te, które zamierzałem lub zamierzam jeszcze opublikować. Zostaje wreszcie pamięć o mnie u ludzi, w których świadomości zaistniałem.

Każdy wie, że z wiekiem poczucie czasu się zmienia tak, jakby płynął on coraz szybciej. Powiedziano i napisano o tym sporo. Ja robię rozróżnienie między życiem a przeżywaniem oraz między życiem przez siebie kontrolowanym a życiem przez siebie niekontrolowanym. W dojrzałym wieku żyjemy jak wcześniej, ale coraz mniej przeżywamy. Przeżywanie bierze się z osobistego stykania się z rzeczami nowymi, zdumiewającymi, ciekawymi, a tych w dalszych latach życia często zdarza się mniej. Z biegiem przeżytych lat opanowujemy sztukę reagowania i kontrolowania tego, co się wokół nas dzieje i tego, co nas dotyczy. Niby dobrze, ale brak oporu rzeczy, które kontrolujemy zmniejsza stopień ich przeżywania. Wczoraj obejrzałem film zatytułowany Mr. Nobody. Pokazuje on między innymi świat przyszłości, w którym ludzie osiągnęli nieśmiertelność, innymi słowy nauczyli się kontrolować swoją umieralność. Właśnie umiera ostatni śmiertelnik, czyli ostatni człowiek niekontrolujący swej śmiertelności. I co mówi niemalże na sam koniec? „To najszczęśliwszy dzień w moim życiu!”. W dzieciństwie mało kontrolujemy, wszystko wokół oporuje względem nas, daje znać o sobie, ale przez to nas dotyczy, dotyka, jakby interesuje się nami. W dorosłości kontrolujemy zdecydowanie więcej, to jest radzimy sobie z oporowaniem rzeczy i ludzi. Nie poddajemy się im, ale tym samym one i oni nie dają się nam przeżyć. A to, czego nie przeżywamy zaciera się szybciej w naszej świadomości i pamięci, nie pozostawia w nas śladu. Ile pamiętamy po latach z mozolnych górskich wycieczek, a ile z wygodnych podróży samochodem? Poczucie upływu czasu jest inne w przeżywaniu życia, a inne w życiu życiem.

Spisuję spontanicznie rzeczy, które w mijającej dekadzie dały mi godny szacunku i zapamiętania odpór. Sen. Żona, kiedy wychodziła ze mnie gburowatość. Budowa domu. Córka, kiedy nie doceniałem wystarczająco jest atrybutów i atutów. Test na inteligencję. Starszy synek, kiedy nie poświęcałem mu uwagi tak, jak on chciałby. Żona, kiedy po raz pierwszy pokazała mi się ze strony, której istnienie przyszło mi nieoczekiwanie docenić. Młodszy synek, kiedy nie chciał, żebym zjadał (ale zarazem nie zjadł) jego ucho. Napisanie tekstów zdatnych do publikowania. Kurs i egzamin z ontologii u prof. Szymury. Lektura tekstów filozoficznych, między innymi Metafizyki Arystotelesa, Teorii Sprawiedliwości Rawlsa, fragmentów Fenomenologii Ducha Hegla, Bycia i Czasu Heideggera. Kilka biznesowych zapętleń. Szczyty słowackich Tatr, kiedy z nich schodziłem, zamiast zbiegać.

Chciałbym się wywnętrzyć z wrażeń z upływu czasu, które mam w wieku 47 bez mała lat, bym zapamiętał je na przyszłość. Rok teraz wydaje mi się krótszy niż w dzieciństwie, ale nie dramatycznie krótszy, jako że szukam rzeczy i ludzi, którzy chcieliby okazać mi zainteresowanie przez dawanie mi odporu. Mimo walki o czas nasycony odporem otoczenia, każda następna dekada życia ucieka mi około dwukrotnie szybciej niż poprzednia, co na razie równoważy lepsza pamięć dekad późniejszych. Póki zmogę, chyba nie pozwolę poszczególnym latom stać się niczym miesiące, czy, nie daj Bóg, tygodnie, choć chciałbym tego. Marzę o miesiącu, a jeszcze lepiej o roku, który upłynąłby mi jak chwila w bezruchu. Na razie odczuwam szlachetny bezruch tylko raz w roku, dokładnie o północy w Sylwestra, kiedy świat (w danej strefie czasowej) jakby na chwilę staje. Już Platon chwalił bezruch. Najszybciej zlatują mi grudzień i styczeń, widocznie ze względu na sąsiadowanie z ową chwilą bezruchu. Najszybszy w spędzaniu wydaje mi się czas wakacyjny, zwłaszcza ten wyzuty całkowicie z obowiązków, włącznie z codziennym myciem. Należę do podgatunku ludzi o skłonnościach do patrzenia na wszystko z perspektywy dłuższego czasu, stąd cieszę się szczególnie, kiedy mogę się skupić na czymś, aż po zatrzymanie się czasu. Mam większy sentyment do tego, co się stanie długo po mojej śmierci, niż do tego, co się wydarzy jeszcze podczas mojego życia, dlatego że tego pierwszego się nie dowiem, a tego drugiego pewnie tak. Nadal zwiększam i chcę zwiększać szybkość działania. Cenię sobie bardzo czas spędzony na zabawie z moimi synami; jej przebieg umyka mojej pamięci praktycznie na bieżąco. Lubię też inne rzeczy, o których pamięć mi umyka; niektóre z nich robię z żoną, inne z przyjaciółmi lub z kolegami, jeszcze inne sam.

Właśnie weszli do mojego pokoju obaj synkowie. Starszy (którego nie ma kto zabawnie nazwać) mówi – „za dużo psujesz oczy”, a młodszy, zwany przez starszego między innymi Minigostkiem, dodaje – „napisałeś byle co”.

31 XII 2010, godz. 15.33.
Wiesław Żyznowski

Koszyk
Brak produktów w koszyku!
0