zyznowski.pl - wydawnictwo i księgarnia online

Obiecałem sobie, że o każdym obejrzanym filmie, który w jakiejś części pozostał we mnie dłużej niż 24 godziny, napiszę coś dla pozostawienia śladu. Ale coraz rzadziej zdarza mi się obejrzeć film, który się ode mnie nie odbija. Pewnie dlatego, że chodzę do kina w miarę wytrwale od ponad 40 lat. Robię to, bo nadal żal mi tracić filmy takie jak Melancholia w reżyserii Larsa von Triera. Polecam każdemu widzowi kinowemu.

Obraz Triera może służyć jako osobisty katalizator stanu ducha zwanego ze staroświecka melancholią. Obejrzenie filmu może podnieść widzowi poziom melancholii czasowo lub stale, zależnie od jego indywidualnych skłonności. Uzmysławia także, że melancholia i depresja to jednak nie to samo. Stara psychologia chyba jednak nie zestarzała się tak, jak podejrzewamy, czy jak chcieliby prawdopodobnie niektórzy nowocześni psychologowie. Życie nieprzyprawione melancholią wydaje się nieco płaskie, żeby nie powiedzieć – nieznośne. A bez depresji można się znakomicie obejść.

Ten film to także osobisty miernik ilości asocjacji związanych z wątkami uniwersalnymi. Obraz jest tak gęsty od nich, że każdemu kto nie byłby zdolny napisać na ich temat większej rozprawy, powinno to dać do myślenia. Lars von Trier odrobił wiele prac domowych spoza zakresu reżyserii czy filmu w ogóle. Zastanawiam się, czy obejrzenie filmu może być kształcące, czy jest tylko afirmatywne. To znaczy, czy wskazuje niewiedzącym coś czego nie wiedzą, czy tylko potwierdza każdemu to, co już wcześniej wiedział. Żeby spróbować rozstrzygnąć tę kwestię, musiałbym obejrzeć film drugi raz.

Najważniejszy uniwersalny wątek, jaki porusza we mnie film Triera to zniknięcie wszelkiego życia we wszechświecie. Nie chodzi o rozstrzyganie, czy zniknięcie wszelkiego życia na ziemi, a jeszcze bardziej zniknięcie samej ziemi, byłoby zniknięciem życia we wszechświecie. (Czytałem niedawno wywiad z prof. Wolszczanem, który twierdzi że prawdopodobnie w ciągu najbliższych 50 lat odkryjemy jakieś pozaziemskie życie). A w Melancholii przez pokazanie oczom widza zbliżania się momentu Ogólnego Nic, obraz pobudza jego wyobraźnię, by się do niego zbliżyła. Trier sygnalizuje ów moment wcześniej aluzyjną rozmową między bohaterką filmu – z zawodu copywriterką – a jej filmowym pracodawcą o nowym haśle reklamowym, które z braku pomysłu mogłoby brzmieć właśnie „nic”.

Obraz Triera jest też piękny do oglądania. Kino dobre, nasycone detalami, umiejętnie rozkładające bliższe i dalsze plany. Ważne wątki zamykają się trafnymi scenami. Lekka pucułowatość Kirsten Dunst tylko wzmaga jej apetyczność, która zresztą nie jest tożsama z apetytem widza na nią. Zapada w pamięci widok, który z założenia powinien być kiczowaty, a nie jest. Pełnokształtna Kirsten, czyli filmowa Justine, leży nago w lesie w nocnym świetle, gotowa, niemalże pragnąca, przyjąć w siebie gigantyczną planetę, zbliżającą się ku ziemi z prędkością 100 tys. km/h.

Trier zapewne chciałby, żeby jego historia o melancholii na każdym kto ją obejrzy, zrozumie i zapamięta, zostawiła ślad na czas jego spotkania się z momentem Nic.
Wiesław Żyznowski

Koszyk
Brak produktów w koszyku!
0