zyznowski.pl - wydawnictwo i księgarnia online

 

Na dalekiej ziemi zamieszkiwanej przez ludzi gatunku odmiennego niż nasz mojej córze Monice Annie Durakiewicz z Żyznowskich i jej mężowi Pawłowi Erazmowi Durakiewiczowi urodził się 30 lipca 2014 roku chłopczyk, któremu nadali oni imiona Paweł Emil. Jego nazwisko jest Durakiewicz. Przesyłane mi od pierwszego dnia jego samodzielnego bycia w świecie zdjęcia pokazują kilkudniowego, potem już tygodniowego, kompletnego, niepodrobionego Durakiewicza podszytego żyznowszczyzną, który całkowicie wszedł w życie, przeważnie śpiącego, dorodnego, z ładną pyzatą buzią o mocnym nosku, z długimi włoskami na mocnym karczku, zadbanego do granic ludzkiej możliwości, modnie i nieskazitelnie ubranego, w pełni skupionego na sobie, poważnie podchodzącego do swoich spraw, zbierającego siły na długoletnie, beztroskie brojenie.

Rodzice robią wrażenie rozjaśnionych, świetlistych, uniesionych – jak nigdy wcześniej, rozanielonych i zarazem zmobilizowanych, silnych, entuzjastycznych, szczęśliwych, przygotowanych na wieczną zmianę dla nich. Zdaje się, że obie świeżo upieczone babcie są wniebowzięte z ciałami w ubraniach i duszami. Z drugim dziadkiem jest zapewne tak samo, w końcu im więcej Durakiewiczów od niego w świecie, zwłaszcza w drugim pokoleniu, tym dla niego lepiej i małym kosztem.

Zastanawiam się w związku z nowo powstałą relacją: ja jako dziadek – Paweł Emil jako wnuk – nad tą relacją jako taką. To nie dziadek czyni nowo narodzonego chłopczyka wnukiem czy tym bardziej synem, lecz wnuk – swoim przyjściem na świat – czyni dotychczasowego syna i ojca dziadkiem. Wnuka to chwilowo nie zajmuje, w przyszłości też tak będzie. To dziadek powinien się nad tym zastanowić. Traci on na zawsze wpływ na pełne kształtowanie swego wizerunku, którą to możliwość wcześniej uzyskał w swoim życiu na jakiś czas. Miano dziadka to więcej niż nazwa czy funkcja dodane do takich, jak syn, kuzyn, partner, a nawet mąż czy ojciec – ono wnosi do wizerunku mężczyzny jakąś domieszkę schyłkowości, na początku w małym stopniu, a z czasem coraz bardziej. Taki początkujący schyłkowiec z pozycji centralnej – lub co najmniej ważnej – w rodzinie jest automatycznie i nieodwołalnie spychany coraz to bardziej do rodzinnego narożnika – jednego z dolnych, cokolwiek to znaczy (jasne, że w górnych narożnikach są babcie). Zbliżenie się do ścian narożnika zawęzi takiemu dziadkowi pole widzenia ku jego korzyści, odwróci go w kierunku centrum, z którego został wypchnięty, więc może wreszcie zacznie się przyglądać dokładniej temu centrum, a to pozwoli mu się skupić na mniejszej ilości spraw, za to ważniejszych, także na wnuczku tym i następnych.

Największym jednak wyzwaniem dla dziadka jest nauczenie się – przez wypracowanie w praktyce – relacji rodzinnej nowego rodzaju. Bo wnuk to jakby potomek drugiego stopnia, latorośl rzędu następnego niż syn, pośredni syn, pół- lub „ćwierćsyn”. Dziadek, jeśli akurat jest zarazem mentalnie nieodległym szympansom ojcem, i jego co najmniej w połowie tak szympansi właśni synkowie wyrażają uczucia przez kotłowanie się, tarmoszenie, miętoszenie, obłapianie. Ale co taki dziadek ma robić z wnuczkiem, który co do zasady ma ćwiartkę jego genów? A jeśli wnuczkowi szympansi gen się rozrzedził jeszcze bardziej, to jak szympansi dziadek może okazywać uczucia mało szympansiemu wnuczkowi? Ma do niego o tym mówić lub pisać? Przecież, przeciwnie niż dotyk, racjonalne z natury słowa to nie emocje, a co najwyżej nieudolne próby wyrażenia ich, myśli sobie szympansi dziadek, i nie wie, czego nie robić i co w zamian.

Chwała polszczyźnie, że co do zjawiska, które oddaje słowem „dziadek”, nie bałamuci przedrostkami Gross(vater) – jak niemczyzna, czy grand(father) – jak angielszczyzna (tu co prawda jest jeszcze forma bardziej literacka forefather), lecz rdzeniem i zarazem jego inną starszą formą „dziad” łączy się znaczeniowo z różnymi ciekawymi słowami.

Słowniku etymologicznym języka polskiego Aleksander Brückner pisze o związku słowa „dziad” ze słowem „dziedzina”, a ono nie znaczy tylko „spadek” czy „scheda”, ale łechce dziadka takimi znaczeniami, jak: „obszar”, „kraina”, „posiadłość rodzinna”, „siedziba rodzinna”, „spuścizna”.

Słowniku Języka Polskiego pod red. Witolda Doroszewskiego znajduję słowa pokrewne „dziadowi”, między innymi takie jak: dziadora („z niechęcią, niezadowoleniem o dziadzie), dziadować („biedować”), dziadowina („z politowaniem albo pieszczotliwie o starym mężczyźnie albo żebraku”), dziadowizna („grunt odziedziczony po dziadzie, spadek”), dziadowski („właściwi żebrakowi, nędzny, biedny, mało wart”), dziadulo, dziadyga, dziadzia, dziadzieć. Ale to wszystko młode derywaty rdzenia wyrazu „dziad”, pochodzące z początków wieku XX. A i w ich przypadku język polski okazuje się prawdziwszy – w sensie bardziej przystający do rzeczywistości – niż niemiecki i angielski, bo właściwa dziadkowi schyłkowość może być urokliwa, smakowita, zabawna, pocieszna, śmieszna, ale od wielkości to ona się raczej oddala. Języki niemiecki i angielski uderzają w tani ton pocieszycielski wobec dziad-mężczyzn.

Adam Mickiewicz sięgnął głębiej w istotę słowa „dziad”, dając nazwę Dziady romantycznym utworom dramatycznym o duchach i marach ludzi zmarłych i związanych z nimi obrzędach, gusłach, zwidach.

Świadom tego wszystkiego po 30 lipca nieśmiało piskałem tu i ówdzie, że może by tak przejściowo nazywać mnie „tatą mamy” chłopaka  lub „teściem jego taty”, zamiast tak od razu „dziadkiem”, na co moja niezawodna Monisia zareagowała orzeźwiająco: „Zdziwiasz”. Więc dobrze, niech będę dziadem, ale nie tylko takim od dziadostwa, ale także od dziedzin i mar.

Jestem ostatnim, późnym wnukiem urodzonego w wieku XIX (w roku 1890) Ludwika Żyznowskiego, z którym byłem dość blisko przez 23 lata, dokąd żył, i którego mentalność oceniam na już nieco oświeceniowy, wczesny wiek XVIII, być może z dodatkiem końca wieku XVII. Sam swoją mentalność oceniam na nowoczesną, bo na wiek XIX – czas romantyczno-pozytywistyczny, naiwny, ufny, książkowy, filozoficzny, hierarchiczny. Urodziłem się, wychowałem i ukształtowałem w wieku XX – epoce gwałtownych zmian. Piszę te słowa prawie w połowie drugiej dekady wieku XXI, który się jeszcze nie ujawnił całkowicie. Mój pierwszy i dość wczesny wnuk Paweł Emil ma dużą szansę dożyć wieku XXII i mam nadzieję, że będzie sobie wtedy czytał te i inne słowa na wczesną starość.

Szacowny, sędziwy – w dalekiej przyszłości początku XXII wieku – Pawle Emilu, symbolicznie przekazuję Ci żywą pałeczkę sięgającą wstecz nawet do wieku XVII. Doszukuj się jego i późniejszych śladów w „dziedzinach” pozostałych po Twoich pradziadach, dziadach, rodzicach, rówieśnikach. Sięgnij nimi jak najdalej w przyszłość, najlepiej w wiek XXIV. Weź udział w sztafecie pokoleń – spokrewnionych i niespokrewnionych. Nadawaj sensy nie tylko temu, co dotyczy bezpośrednio Ciebie. Dożyj odkrycia przez ludzi tajemnicy świata. Jeszcze lepiej – weź udział w tym odkrywaniu. Nie przynieś wstydu Twoim przodkom i pamięci o nich. Osiągnij jak najwięcej.

Nie czekając, aż to zrozumiesz, powiedz jak najszybciej Twoim rodzicom, że życzysz sobie jak najliczniejszego rodzeństwa.

Siercza, 8 sierpnia 2014 r.

 

—————————-

 

Już po napisaniu powyższego dziad-wyznania, obejrzeliśmy wczoraj z Ulą w kinie film Dawn of the Planet of the Apes. Obraz nie odpuścił mojej uwadze na sekundę, chyba podobnie było z uwagą Uli. Przekaz potwierdził mi, jak wiele wspólnego mam z wyemancypowanymi szympansami, włącznie z ich angielszczyzną.

 

Wiesław Żyznowski

Koszyk
Brak produktów w koszyku!
0