zyznowski.pl - wydawnictwo i księgarnia online

Na początku prajednią dla człowieka jest wdzięczne łono matki. To jego intymna, indywidualna, najbardziej pierwotna wersja prajedni, która z definicji jest jedna i dla wszystkich ludzi. Opuszczenie łona matczynego przez jednostkę to wrzucenie jej w wielość dookólnego świata. Ale ta wielość to rzeczywistość będąca – według Schulza – odbiciem, odzwierciedleniem słowa, to „cień słowa”. Taki pogląd przeciwstawia się potocznemu mniemaniu, jakoby słowa odzwierciedlały rzeczywistość. Tutaj zaś pra-jedno słowo to – odbity przez rzeczywistość –  sięgający daleko wstecz, przed narodziny jednostki jeden, ogarniający całość, pierwotny „mit, historia, sens” – niekomunikowalny, majaczliwy, bajany.

Człowiek przechodzi więc z prajedni o formie matczynego łona do (światowej) rzeczywistości będącej  „cieniem” – siłą definicji – jednej i tej samej prajedni. Bo prajednia może być tylko jedna. Przechodzi z jedności w wielość, która jest  jednakowoż „cieniem” jedności. Tą rzucającą cień rzeczywistości jednością jest mitologiczny, przednaukowy, przed rozumny, przed komunikowalny jeden sens – będący istotą rzeczywistości (światowej), z którą człowiek ma do czynienia i którą oswaja. Ten sens jest słowem, od którego wszystko się zaczęło, jest jednym Słowem kosmogonicznym ujętym przez Biblię i inne święte księgi. Ale to Słowo to też nic innego jak każde jedno słowo, nie tyle opisujące każdą (jedną) rzecz, bo opisywanie to dzielenie ku wielości, co tożsame z rzeczą. Słowo tożsame z rzeczą to nie jakaś tajemnicza wersja słowa potocznego, lecz słowo potoczne, ale odpowiednio, to jest tożsamo z rzeczą, umieszczone w wypowiedzi.  To słowo cofnięte do swych „dawnych związków”, od których odchodzą coraz to dalej wyrazy potocznie umieszczone w wypowiedzi – wyrazy coraz to dalsze sensowi pierwotnemu. Chodzi o słowo wracające  „do uzupełnienia się w sens”, wracające do swego jądra, którym jest pierwotny sens. Schulz mówi: „[…] I tę dążność słowa do matecznika, jego powrotną tęsknotę, tęsknotę do praojczyzny słownej, nazywamy poezją […] Poezja odpoznaje te sensy stracone, przywraca słowom ich miejsce, łączy je według dawnych znaczeń. U poety słowo opamiętuje się niejako na swój sens istotny, rozkwita i rozwija się spontanicznie według praw własnych, odzyskuje swą integralność. Dlatego wszelka poezja jest mitologizowaniem, dąży do odtworzenia mitów o świecie” [za: Bruno Schulz, Mitologizacja rzeczywistości]. Schulz używa tu słowa „poezja” w sensie artystycznej wypowiedzi pisanej, nie może bowiem nie mieć na myśli własnej twórczości literackiej, która jest czystą poezją napisaną prozą, prozą poetycką.

Na marginesie – ta piękna myśl Schulza o powrocie słów do jednego sensu utwierdza mnie w przekonaniu, że temu, co najważniejsze dla psychiki człowieka, łatwiej dziać się w jego języku ojczystym. Bo tylko w nim są nam – ledwo, ledwo – dostępne słowa w ich pierwotnym, nie dającym się nauczyć jądrze, sensie. Stąd występująca powszechnie u piszących niemożność pisania w języku nieojczystym literatury pięknej, poezji, zwłaszcza tej wnoszącej coś istotnego do sfery ducha.

Od momentu wypadnięcia z prajedni w jej cień człowiek zaczyna tęsknić i poszukiwać jej na swój własny sposób. Może pierwszym skutkiem tej tęsknoty i poszukiwań są „statuujące żelazny kapitał ducha” człowieka na jego całe życie, dane mu „bardzo wcześnie w formie przeczuć i na wpół świadomych doznań” treści, wglądy, obrazy, założenia. „Te wczesne obrazy wyznaczają artystom granice ich twórczości. Twórczość ich jest dedukcją z gotowych założeń. Nie odkrywają już potem nic nowego, uczą się tylko coraz lepiej rozumieć sekret powierzony im na wstępie i twórczość ich jest nieustanną egzegezą, komentarzem do tego jednego wersetu, który był im zadany” [za: Bruno Schulz, do St. I. Witkiewicza]. Pochodzenie „wersetu” zadanego każdemu ginie w „mgle mitologicznej” jego dzieciństwa. Naturalna dzieciństwu miąższość wyobraźni „genialnej epoki” zatraca się z wiekiem. Człowiek żyjąc, cofa się, degeneruje, oddala od tego, co dla niego najważniejsze i wieczne, stąd jego odwracanie się ku dzieciństwu, z wiekiem coraz bardziej natarczywe, u każdego na jego własną miarę. Pisze Schulz do Andrzeja Pleśniewicza:

Gdyż zdaje mi się, że ten rodzaj, jaki mi leży na sercu, jest właśnie regresją, jest powrotnym dzieciństwem. Gdyby można było uwstecznić rozwój, osiągnąć jakąś okrężną drogą powtórnie dzieciństwo, jeszcze raz mieć jego pełnię i bezmiar – to byłoby to ziszczeniem „genialnej epoki”, „czasów mesjaszowych”, które nam przez wszystkie mitologie są przyrzeczone i zaprzysiężone. Moim ideałem jest „dojrzeć” do dzieciństwa. To by dopiero była prawdziwa dojrzałość.

Nie wiem, czy moi synowie, dziesięcioletni Miłosz i czternastoletni Tomasz, czasem zastanawiają się w określonych sytuacjach, co ja bym pomyślał, będąc na ich miejscu. Wiem, że zbyt rzadko zastanawiam się w określonych sytuacjach, co oni by pomyśleli, będąc na moim miejscu. A przecież od dawna i nieustannie zdradzają przede mną wyobraźnię bardziej miąższą niż moja. Oby nigdy nie stracili z nią bezpowrotnie kontaktu.

 

Wiesław Żyznowski
Siercza, 17 lutego 2015

(Wszystkie powyższe cytaty wziąłem z tekstów Schulza)

Koszyk
Brak produktów w koszyku!
0