zyznowski.pl - wydawnictwo i księgarnia online

Podczas oglądania filmu średniej jakości mam skłonność, którą niezbyt lubię – do kibicowania lub nawet utożsamiania się z wybranym bohaterem, za to najczęściej nie odnoszę wrażenia jakbym był w środku akcji. Było nie było chodzi o patrzenie na „obraz”, czyli coś ujętego w ramy, co można postawić przed sobą, na przykład siadając w sali kinowej. Kiedy oglądałem „Białą wstążkę” czułem się inaczej. Haneke tak odtworzył austriacko-galicyjską rzeczywistość początku XX wieku, że momentami jakby odnajdywałem siebie po drugiej stronie ekranu. Natomiast mimo dość dramatycznych wydarzeń zachodzących w filmie bohaterzy pozostali mi obojętni, dotyczy to nawet dzieci, na których los, jeśli jest zły, jak większość ludzi bywam wrażliwy. Z takim samym odwróceniem – byciem niejako w filmie z towarzyszącą temu obojętnością na los bohaterów – mam do czynienia, kiedy oglądam filmy Bergmana. Dlatego zgadzam się z głosami twierdzącymi, że Haneke to współczesny Bergman. Choć chyba jeszcze nie osiągnął aż takiego mistrzostwa w wyczarowywaniu tych boskich chwil, kiedy akcja zarazem toczy się i zatrzymuje, kiedy nie muszę się utożsamiać z bohaterami, może nawet nie mogę, bo jestem jak jeden z nich. Swoją drogą, jak oni dochodzą podczas reżyserowania do takiego efektu dla widza; może odpowiedź jest banalna – stają się jednym z nich?

Nie wiem, jak to jest w przypadku widzów nie pochodzących z Galicji, w każdym razie jeśli chodzi o mnie, Hanekemu – chcąc nie chcąc – udało się odgrzać na chwilę tęsknotę za czasem młodości moich dziadków. Film przypomina o małych społecznościach, które były samowystarczalne w zaspokajaniu podstawowych potrzeb materialnych i umysłowych. Każdy był kimś określonym społecznie, baron był baronem, baronowa baronową, zarządca zarządcą i tak dalej: duchowny, nauczyciel, lekarz, akuszerka, niańka, chłopi produkujący żywność. Przynajmniej pozornie wszystko było na swoim miejscu i – jak mawiali moi rodzice – „tak jak pan Bóg przykazał”. Wspólnoty miały ustaloną hierarchię, w ramach której można było się wspinać, ciężko pracując. Stanowiły one zwarte konstrukcje społeczne przenicowane tajemnicami prywatnymi, biorącymi się po ludzku ze złości, zawiści, nienawiści, ale także (nieodwzajemnionej często) miłości, poczucia godności. Dziś nie ma już takich małych konstrukcji społecznych i takich tajemnic, nie ma także hierarchii do pięcia się w górę; tylko ludzkie przywary zostały.
Nie doczytałem, czy jest wyjaśnienie zagadkowych wydarzeń dziejących się w „Białej wstążce”. Jestem zdania, że stalowy drut mogła z miłości zawiesić kochanka doktora, z zawodu akuszerka – żeby go przywiązać emocjonalnie przez uzależnienie fizyczne. Świadczyłoby o tym także jego zelżenie jej ponad jakąkolwiek miarę, mające jakby korzenie głębsze niż nieudany seks, po którym nastąpiło. Syna baronów mógł zmaltretować broniący honoru rodziny mężczyzna, który się później powiesił, będący mężem kobiety, która zginęła pod zmurszałymi deskami w stodole. Stodołę mógł podpalić ich jawnie pragnący zemsty syn, ten, który zniszczył zagon kapusty. A niedołężnemu synowi akuszerki krzywdę mogły zrobić złowieszcze dzieci pastora wychowywane na bogobojnych, porządnych nazistów. Nie bardzo wierzę, że to one stały za pozostałymi tajemniczymi wydarzeniami.
Lubię i podziwiam Hanekego także za to, że tworząc film, od razu zamierza się na klasykę. Nie idzie okrężną drogą, nie udaje, że o tym nie pomyślał, co oczywiście nie oznacza, że idzie na skróty. Czarno-biały obraz, zniuansowana do bólu reżyseria, narracja zewnętrzna, hochdeutsch u większości aktorów, nie żaden dialekt. W sam raz na film, o którym wszyscy napiszą, za to będzie wyświetlany w dusznych salach małych kin z niszowym repertuarem.
Wiesław Żyznowski

Koszyk
Brak produktów w koszyku!
0