zyznowski.pl - wydawnictwo i księgarnia online

Znam tych, którzy nazywali lub nazywają Cię Inżynierem, Prezesem, Dyrektorem, Kierownikiem, lub mówią na Ciebie Henryk, Heniek, Heniu, Heniuś. Nie znam nikogo, kto by się zwracał do Ciebie: Henio. Ponad 20 lat znajomości to pewnie jeszcze zbyt krótko na to. Nie jest to jednak za mało, by napisać nieco o Tobie i o tym, co między nami. Po przeczytaniu, kiedy to ściśniesz, sam stwierdzisz, ile zostanie. Gdybyś nie próbował, od razu Ci życzę:

Dobra do doświadczenia więcej niż byś chciał.

Dobra do wyświadczenia więcej niż byś mógł.

Dobra do rozpoznania więcej niż byś wymyślił.

Domyślam się, który z Twoich zmysłów jest wyostrzony najbardziej. Wiem, że Twoje oczy widzą dużo i tyle przekazują do Twojej duszy, z czego usta robią niekiedy użytek. Doszukuję się w owych użytkach przenikliwości, czułości, gorzkości, wesołości, troskliwości, niefrasobliwości – mieszanki, którą można by nazwać z gruntu wschodnią, a nawet ruską, tą od Lermontowa, Turgieniewa, Tołstoja, ale także nieco od Dostojewskiego czy Mandelsztama.

Nawet jeśli się już przekonałeś, że z niczego może powstać coś, nigdy się z tym nie pogodziłeś i nie pogodzisz. Robienie czegoś z niczego jest niejako stawianiem się w pozycji stwórcy. Natomiast lubisz poprawiać po tych, którzy mniej czy bardziej nieudolnie próbują robić coś z niczego. Ktoś robi bałagan, a Ty go sprzątasz. Wchodzisz w ten sposób nie w rolę stwórcy, lecz przyjaciela stworzonego przez niego bytu. Jesteś wrogiem świętokradztwa i tandetnego zastępowania autorytetów. Życie mija Ci w zachwycie i przywiązaniu do bytu boskiego, który Cię otacza, do tego, jaki on jest i jak się objawia. Nie słyszałem o kimś, kto by lepiej od Ciebie znał topografię i geografię Polski. Na pewno nie są to absolwenci geografii, których poznałem. Poświęciłeś sporo skupionej uwagi miastom i wsiom oraz ich mieszkańcom, ulicom, drogom, lasom, drzewom, roślinom, zwierzętom, skałom, kamieniom, różnego rodzaju ostańcom i retencjom. Jedno zdanie traktujące o konkrecie rozumianym jako objaw bytu boskiego będziesz cenił bardziej niż całą księgę zawierającą czyjeś osobiste wynurzenia, traktowane przez Ciebie także jako przejaw bytu, ale banalnie przefiltrowany. Nie tylko zgadzasz się deklaratywnie, ale i instynktownie czujesz, że byt sam w sobie jest na tyle płodny, że pomaganie mu we wzroście czy w rozwoju przynosi więcej szkody niż pożytku. Tym bardziej nie lubisz, gdy w pomaganiu bytowi we wzroście jeden pilnuje drugiego. Twoi patroni duchowi są nie byle jacy, to konserwatysta Platon i naturalista Arystoteles.

Dwie trzecie życia przeżyłeś w ustroju politycznym, który bardzo nieudolnie podążał myślą Platona. Jedną trzecią – w systemie, który nieco sprawniej idzie szlakiem sofistów, których Platon gruntownie nie znosił i potężnie zwalczał. Dziś brakuje Ci ze starych czasów właśnie tego, co było w nich z Platona. Skoro już jesteś z tego myśliciela, do którego dorobku reszta filozofii to podobno tylko przypisy, przypomnę z jego nauk, że w każdym człowieku z gruntu przeważa jedno z trzech zamiłowań: do mądrości, do zwyciężania, do zysków. U Ciebie stwierdzam najmniej z tego trzeciego pierwiastka, a rozstrzygnięcie o proporcji między pierwszym a drugim zostawiam Tobie lub komuś innemu.

Mówimy o kimś, że gdyby znalazł się blisko Powstania Warszawskiego, zapewne przyłączyłby się do niego i walczył, ktoś inny uciekłby do mysiej dziury, a jeszcze inny kolaborowałby z Niemcami. Ty byś walczył, prawdopodobnie nie tyle z wiary w zwycięstwo, co z emocji i przez honor. Nie byłbyś jak Czesław Miłosz, który skądinąd prawdziwie uznał, że będzie więcej z niego pożytku żywym niż martwym. Raz widziałem na własne oczy, jak nie chowałeś się za niczyimi plecami, kiedy o wiele młodszy osiłek machał pięściami przed Twoim nosem. Innym razem uczciwie dotrzymywałeś tempa w piciu wódki zawodnikowi wagi naprawdę ciężkiej. Skończyło się to dla Ciebie niemal tak, jakbyś znalazł się na polu bitwy. Jak wiemy od Arystotelesa, tchórzostwo zwalczone w sobie może przemienić się w męstwo, a to jeśli przesadzone, przechodzi w zuchwalstwo, czasem w chojractwo. Nikt nie znajduje się idealnie w środku tego kontinuum spinającego skrajności. Bycie po stronie tchórzostwa Ci nie grozi, więc plasujesz się po drugiej stronie środka w jakiejś odległości. Wymierzenie jej zostawiam Tobie lub komuś innemu.

To, co myślisz o innych i jak ich postrzegasz, raczej zatrzymujesz dla siebie. Chyba że zachce Ci się odegrać wizualnie czyjąś wyjątkową cechę, odróżniającą tę osobę od reszty ludzkości. Tego prawdopodobnie nikt nigdy nie widział w Twoim wykonaniu na własny temat, tak jak najtrudniej wyobrazić sobie siebie zredukowanego do jednej cechy. Natomiast czasem wymsknie Ci się coś o kimś w jego obecności, co dla zainteresowanego potrafi być na tyle konstytutywne, że długo tego nie zapomni, a może nawet spożytkuje. Należę do szczęśliwców, którym się od Ciebie tak dostało pewnie kilkanaście razy. Niektóre z tych pstryków inspirują mnie już od kilkunastu lub więcej lat i nie chcą przestać. Pierwsze z nich otrzymałem prawdopodobnie tak dawno, że zapomniawszy o nich, mam do czynienia tylko z ich skutkami. Było ich tyle i tak celnych, że po jakimś czasie zaczęły wracać do Ciebie w sposób, którego ocenę zostawiam Tobie lub komuś innemu.

Krępuje mnie coraz bardziej to, że piszę do Ciebie i o Tobie tak bezpośrednio. Mam okazję do zaadaptowania przypowieści Hegla.

Pewnego razu zetknęli się przypadkowo Pan wchodzący w swe najlepsze lata i od niedawna dorosły Niewolnik. Pan miał dość dobrą pozycję życiową i większość danych po temu, by powodziło mu się pod każdym względem coraz lepiej. Młodzian nie zdążył jeszcze niczego osiągnąć w życiu, natomiast zdołał popełnić już tyle błędów, że wszyscy spośród jego znajomych, którzy kiedyś prorokowali mu ciekawy żywot, zapomnieli o tym. Tak więc młodzian nie miał czym zainteresować Pana. Skądinąd Pan poświęcił mu tyle uwagi, ile miał w zwyczaju poświęcać nowopoznanym, a nie było to mało. Ale młodzian nie dostrzegł tej uwagi. Obu mężczyznom nie przyszło do głowy, że ich drogi zejdą się na kilka epok. Jednak zanim się to stało, ich drogi rozeszły się na kilka lat. Pan kontynuował spokojnie to, co uważał, że ma pisane, a stający się powoli mężczyzną Niewolnik zaczął wieloletnią drogę rozpoznawania swego niewolniczego stanu przez poszerzanie relacji z ludźmi. Jedną z nich stała się odnowiona relacja z Panem. Jeszcze wtedy Niewolnik nie wiedział, kto w tej relacji jest niewolnikiem, a kto panem, ani nawet tego, że takie relacje współcześnie istnieją i na czym polegają. Nie wiedział, że panowie nie muszą tego, co muszą niewolnicy, jako że panowie nie boją się o własne życie, a niewolnicy się boją. Gdyby jednak pomyślał o sobie w ten sposób, na pewno uznałby się za pana lub za kogoś, kto zostanie panem. Ta ignorancja dała Niewolnikowi niezbędną swobodę w poszerzaniu swoich relacji. Jedną z nielicznych w tym przeszkód stanowiły przyjazne – pochodzące jakby od starszego kuzyna – przytyki rzucane od czasu do czasu przez Pana w kierunku Niewolnika. Trochę zniechęcały one Niewolnika do rozszerzania jego relacji bez umiaru i uświadamiały mu, czym różni się jego bycie od bycia Panem. Niewolnik podjął więc trud pozyskania zewnętrznych znamion pańskich, jednak w duszy pozostał niewolnikiem – czego nie mógł, ale i nie chciał zmienić. Większość znających Niewolnika w mniejszym lub w większym stopniu nabrało się na tę zmianę, ale nie Pan. On nigdy nie uwierzył w prawdziwą przemianę Niewolnika w pana. Oficjalnie nie mówi o tym nikomu, ale daje znaki do rozpoznania przez niektórych, wskazujące na to, że jego pułapka życiowa jest inna od pułapki życiowej Niewolnika.

Ratowanie komuś życia z narażeniem własnego jest heroizmem, to znaczy człowieczeństwem określonego rodzaju. Ratowanie komuś życia bez narażania własnego jest człowieczeństwem.

Prawie 18 lat temu pewien będący niedoszłym leśnikiem Metalurg w sile wieku współpracował dość blisko z niejakim Mechanikiem w wieku emerytalnym, który był wdowcem, a także niedoszłym złotnikiem. Pewnego razu ów mieszkający samotnie starszy mężczyzna nie przyszedł do pracy, czego nie miał w zwyczaju. Kiedy Metalurg do niego zatelefonował, miał wystarczającą cierpliwość by doczekać, aż po drugiej stronie słuchawki rozlegną się jęki wskazujące na to, że z Mechanikiem, który zdołał się doczołgać do aparatu telefonicznego, dzieje się coś bardzo niedobrego. Kiedy Metalurg jak najszybciej pojechał do domu Mechanika, zastał go rzężącego na podłodze, w strasznym stanie wskazującym na nagły atak poważnej choroby. Wezwał pogotowie. W szpitalu okazało się, że to wylew do mózgu. Chory stał się kaleką, ale żył. Metalurg był owego nieszczęsnego poranka jedyną osobą, której przyszło do głowy, aby zadzwonić do owego wdowca. Innego poranka niemal dwanaście lat później, kiedy ów schorowany starzec umierał w bólu, Przyjaciel Metalurg szedł do jego domu szybkim krokiem, żeby mu pomóc, ale okazało się to niemożliwe.

Delikatnie ściśnij powyższe słowa.

Koszyk
Brak produktów w koszyku!
0